sobota, 6 lipca 2013

Rozdział pierwszy

~ kilka dni wcześniej

    Niall Horan leżał płasko na dachu budynku, mierząc z karabinu wyborowego do celu, który swe ostatnie sekundy życia spędzał na robieniu pedicure. Sięgnął po leżącego na papierowej torbie hot doga i ugryzł duży kawałek. Właściwie, jak ona miała na imię?
    - Jak już skończysz się opierdalać, to może wreszcie strzelisz? - rozległ się wzburzony głos w słuchawce. 
    Niall głośno westchnął. Louis Tomlinson. Najbardziej denerwujący człowiek na świecie. 
    - Moment - powiedział do mikrofonu.
    Przystawił z powrotem oko do celownika. Kobieta oparła się o sofę, skacząc po kanałach. Tak łatwego celu nie miał już od dawna. Poprawił się, wysuwając lekko łokieć do przodu. Odetchnął głęboko, mrużąc powieki. Dziewczyna położyła się. Niall znieruchomiał. Delikatnie położył palec na spuście. Nabrał powietrza do płuc. Trzy... dwa...
    Dobiegł go nagły krzyk Louisa.
    - Niall, plecy!
    Natychmiast się odwrócił. Coś metalowego uderzyło go w skroń. Lekko się zatoczył, czując ciepłą krew skapującą mu na oko. Kopnął na ślep, trafiając w czyjeś kolano. 
    Stała przed nim wysoka postać, ubrana w czarną skórę i ciężkie wojskowe buty. Na twarzy miała maskę, a w ręku sporą siekierę. 
    Niall uniknął kolejnego ataku. Okręcił się wokół napastnika, a potem, wkładając w to dużo siły, wbił mu łokieć w kręgosłup. Tamten jęknął, upadając na kolana. Próbował się jeszcze bronić, lecz dostał z buta w twarz. Niall zarzucił karabin na plecy, pochował naboje w kieszenie kurtki i ukląkł przy nieznajomym. Przeszukał go dokładnie, ale nic nie znalazł. Sięgnął do jego twarzy i zsunął z niej maskę. 
    Mężczyzna miał krótkie czarne włosy, lekki zarost i ciemną karnację. Mógł mieć najwyżej 20-kilka lat. 
    - Niall, zostaw go i spieprzaj stamtąd - usłyszał polecenie Louisa - ktoś was zauważył.
    Podniósł się. Na odchodnym zgarnął jeszcze młotek, na którym były ślady jego krwi i skierował się do zejścia z dachu.

***

    - Źle to wygląda.
    Niall siedział na skórzanym fotelu, a pielęgniarka imieniem Lucy zajmowała się jego raną na skroni. Znajdowali się w podziemnym gabinecie. Panował tu półmrok, a zewsząd otaczały ich ogromne ekrany nowoczesnych komputerów. Niall rozejrzał się dookoła, pierwszy raz był w tym pomieszczeniu.
    - Nie ruszaj się - nakazała Lucy spokojnym, ale stanowczym głosem.
    Magnetyczne drzwi otworzyły się z sykiem, a do środka wparował Louis. Był wyraźnie wściekły. 
    - Jak to możliwe? - spytał sam siebie, podchodząc do komputera i zaczynając nerwowo walić w klawiaturę.
    - Myślisz, że miał na mnie zlecenie? - spytał Niall, starając się nie ruszać.
    Louis nachylił się nad monitorem.
    - Kto go wie? - odpowiedział po chwili. Zastukał w klawisze. - Ale wątpię, by był to przypadek.
    Niall stęknął cicho, gdy Lucy rozpoczęła zszywanie rany. Louis na chwilę wysunął się zza komputera.
    - Przeszukałeś go?
    - Nic nie miał. Żadnych dokumentów, kluczy, kart kredytowych, forsy. Nawet glocka. Tylko ten posrany młotek - skrzywił się Niall.
    - Młotek? - Lou uniósł brew.
    - A co mi niby rozwaliło mordę?
    Louis spojrzał na niego, jakby dopiero go zauważył.
    - Nie no, ładnie wyglądasz - parsknął.
    Niall uśmiechnął się ironicznie.
    - Daj mi ten młotek - Lou spoważniał - może są jakieś odciski.
    Niall nachylił się, aby po nią sięgnąć, a wtedy Lucy nieumyślnie ukłuła go w oko.
    - Aaach, kuźwa - wrzasnął, zakrywając twarz rękoma.
    Lucy westchnęła głośno ze zniecierpliwienia, łapiąc się za głowę.
    - Jezus Maria, moje oko - wychrypiał Niall, turlając się po podłodze.
    - Pieprzę, leczcie się sami - warknęła  Lucy, zdejmując rękawiczki. Gdy wychodziła, Louis odprowadzał ją wzrokiem.
    Spojrzał z politowaniem na Nialla.
    - Przynieśże ten młotek.
    "Wal się" - pomyślał Niall, ale usłużnie wziął broń i podszedł z nią do Louisa. Walnął się ciężko na krzesło koło niego. Na ekranie pojawiały się i znikały co chwilę zielone małe liczby i litery, które dla laika, jakim był Niall, nie miały żadnego sensu. Lecz Louis najwidoczniej dostrzegał w nich niezłe źródło informacji. 
    - Popatrz tu - wskazał na monitor.
    Niall nachylił się. "No, liczba, świetnie - pomyślał sarkastycznie - nigdy takiej ładnej nie widziałem". 
    - No i? - spytał.
    - No i? - powtórzył Louis. - Spójrz na tę sekwencję... - zmarszczył brwi. - Coś tu jest nie tak... - zaczął nachalnie stukać w klawiaturę.
    Liczby i litery rozszalały się. Coś piknęło i zasyczało, jakby komputer się przepalał. Na ekranie wyskoczyła dziwna ikonka z napisem "Controled by Sheeran Company". A potem wszystko zgasło. 
    Minęło kilka sekund, zanim Louis wyjąkał:
    - Co jest kur...
    Rozbłysło światło, a komputer zaczął się ponownie włączać. Pojawił się cienki pasek "loading". Louis próbował to wyłączyć, lecz cokolwiek klikał, to coś nie znikało. Gdy doszło do 100%, na ekranie pojawiła się twarz rudego mężczyzny. 
    - Witam was, moi drodzy. Nazywam się Ed Sheeran i mam dla was zlecenie. 


                                                                              
Mam nadzieję, że nie było to dno. :)
Wszelkie komentarze i uwagi będą mile widziane.
    

Prolog

Stałem na szczycie klifu, chłodny wiatr bawił się moimi włosami. Czułem słony zapach morza, słyszałem huk potężnych fal rozbijających się o wysokie krawędzie skał, pisk mew lecących nad taflą wody.  Słońce właśnie zachodziło, ogarniając krajobraz pomarańczową poświatą. Widoki były naprawdę piękne.
    Splunąłem do morza. Nic mnie to nie obchodziło. W tym momencie tak bardzo nienawidziłem tego miejsca, że aż było mi niedobrze od samego patrzenia. Nienawidziłem tych chmur układających się w nietypowe kształty, cichego szumu morza brzmiącego niczym szept kochanki, nienawidziłem starych, zniszczonych słoną wodą klifów i zielonych krzewów rosnących na zboczach. Wzbierał we mnie tak ogromny gniew, że miałem ochotę wrzasnąć tak głośno, by zdarł mi  się głos. Walnąć w coś, aby zedrzeć sobie skórę z dłoni. Pragnąłem tylko pozbyć się tego uczucia niesprawiedliwości, jakie mnie przepełniało, zemścić się na tych, którzy doprowadzili mnie do tego stanu. Złość i żal, które wypełniały moje serce, były tak silne, że miałem wrażenie, że ono zaraz wybuchnie.
    Zabrali ją.
    Nigdy nie czułem takiego bólu. Chciało mi się ryczeć. Łzy wzbierały w moich oczach, rozmazywały obraz, ale z całych sił starałem się je powstrzymać. Obserwowali mnie. Wiem, że to robili. 
    Zacisnąłem pięści, wbijając paznokcie w dłonie. Rozchyliłem usta, pozwalając, aby wydobył się z nich cichy jęk. Odetchnąłem głęboko. Nic nie pomogło. Złapałem się za głowę, garbiąc plecy.
    Ogarnij się. Opanuj się, chłopie. 
    Z tyłu dobiegł mnie nagły odgłos łamania gałęzi, a później szelest liści. Natychmiast się odwróciłem, przechodząc w stan czujności. Przekleństwo polegało na tym, że nawet gdy moje serce krwawiło, nie mogłem przestać robić tego, co do mnie należy. 
    Między liśćmi zamajaczyła drobna postać.
    - Niall?
    Kochałem ten głos. Mógłbym umierać, a on przywróciłby mnie do życia. 
    Niebieska koszulka stała się wyraźna. Ujrzałem jej jasne włosy spięte w kucyk, nadal bladą skórę mimo trzech miesięcy spędzonych w ostrym słońcu, jej delikatne dłonie, śliczny mały nosek, szaroniebieskie oczy i kilka skręconych kosmyków wokół najpiękniejszej na świecie twarzy.
    Moja księżniczka. 
    Uśmiechnęła się lekko, a moje serce zatańczyło z radości. W tym słońcu była taka piękna.
    - Niall? - wymówiła moje imię swoim słodkim głosem.
    - Hej, kochanie - odezwałem się.
    Zbliżyła się do mnie. Musiałem się powstrzymać, aby nie rzucić się na nią, nie przytulić i nie zamknąć gdzieś w odosobnieniu, tak aby nikt inny nigdy nie mógł jej dotknąć. 
    Stanęła koło mnie. Wysunęła rękę w moją stronę, ale ją wycofała. Moje serce na chwilę zamarło.
    - A więc... - powiedziała, nie patrząc na mnie - to już jutro, tak?
    Chciałem jej powiedzieć, że nie. Moim największym marzeniem w tej chwili było móc z czystym sumieniem powiedzieć jej, że wszystko jest w porządku. 
    Nienawidzę ich.
    - Tak - wychrypiałem.
    Chciałbym chociaż móc ją pocieszyć. Powiedzieć jej, że mnie też to boli, że cierpię, że nie chcę, że się boję i ją kocham.
    Obserwowali nas.
    Popatrzyła na mnie. Nie płakała, nie krzyczała. Nie żądała wyjaśnień. Lecz w jej spojrzeniu było tyle bólu, że zrobiło mi się niedobrze.
    - Po prostu nie chcę być tylko twoją wakacyjną miłością.
    Poprzysiągłem sobie, że ich wymorduję. A potem po nią wrócę. 



                                                                                   
Mam nadzieję, że nie było tak źle.
Proszę, zostaw komentarz.